„Wybrzeże polskie jest najbardziej niegościnnym wybrzeżem niespokojnego morza leżącego na szerokościach Cape Hornu, tyle że na drugiej półkuli. Niedzielny żeglarz z Florydy czy osłoniętych wód wybrzeży Morza Śródziemnego na ogół nie jest w stanie pojąć, że pływanie po Bałtyku we wrześniu może być uważane za rozrywkę, a nie skrócone odbywanie kary przez skazanych na dożywocie recydywistów…” (ze wstępu do „Vademecum żeglarstwa morskiego” – Z. Dąbrowski, J. Dziewulski, M.Berkowski)

Bałtyk jest wrednym i burzliwym morzem połączonym z Morzem Północnym przez Cieśniny Duńskie oraz Kattegat i Skagerrak. Jako stosunkowo małe (ok. 415 000 km2) i płytkie (średnia głębokość 52,3 metra) charakteryzuje się krótką i stromą falą (które to fale potrafią dać się we znaki wrażliwszym żołądkom) i stosunkowo dużą zmiennością pogody, co wymaga nieustannej uwagi podczas nawigowania.

Rejsy po Bałtyku są zdecydowanie bardziej wymagające niż spacerowy jachting w Chorwacji, nieodzowna jest bowiem nieco większa odporność psychofizyczna (zwłaszcza w miesiącach jesiennych) na niesprzyjające czynniki pogodowe – chłód, bujanie jachtem, mokre bryzgi na pokładzie. Są one jednak doskonałą szkołą charakteru żeglarza (człowieka). To w takich warunkach bowiem – a nie podczas spacerowego rejsu przy słonecznej pogodzie – wychodzą z człowieka prawdziwe cechy charakteru; w takich warunkach nie da się udawać. Wtedy okazuje się, kto jest skłonny do pomocy pomimo niedospania, zmęczenia, złego samopoczucia, a kto zachowuje się jak „pępek świata”, któremu „się należy”. To takie warunki pozwalają sprawdzić się, przeżyć prawdziwą przygodę, wyczyn, zobaczyć na kogo można liczyć, gdzie jest granica siebie, swojej wytrzymałości. Mówi się, że tych żeglarzy, którzy przeszli „szkołę Bałtycką” chętnie mustrują floty z całego świata, właśnie dlatego, że kto dał sobie radę na Bałtyku, ten da sobie radę w każdych innych warunkach.

Nie należy jednak demonizować naszego morza. Owszem – jest dużo chłodniejsze od Śródziemnego, zdecydowanie częściej niebo jest zachmurzone niż słoneczne, buja i jest mokro, ale w czerwcu, lipcu i sierpniu słońce nie jest rzadkością w przeciwieństwie do sztormów, które praktycznie nie występują. I to jest właśnie różnica między śródziemnomorskim jachtingiem a żeglarstwem.

W portach bardzo często są sauny (a na Półwyspie Skandynawskim – praktycznie w każdym), a w pobliżu nich świetne knajpki z lokalnymi specjałami (może nie są to owoce morza sensu stricto, ale Bałtyckie flądry, szproty czy dorsze są naprawdę warte spróbowania). Piękno przyrody nie ustępuje Chorwackim Kornatom, choć jest zupełnie inne – Norweskie fiordy, Duńskie Cieśniny, Szwedzkie i Finlandzkie  wyspy (Olandia, Gotlandia, Alandy) to miejsca, których się nie zapomina i które za każdym razem zachwycają swoim pięknem. Ponadto żeglując po Bałtyku robi się dłuższe „przeloty” między portami, co wiąże się ze spędzeniem nocy na morzu, a noc na morzu jest przeżyciem niemal mistycznym. Kiedy w obrębie kilkudziesięciu mil nie ma żadnego źródła światła, ilość gwiazd na firmamencie przyprawia o zawrót głowy i nie trzeba być astronomem, aby bez trudu odnaleźć Oriona, Herkulesa czy Koronę Północy. A do tego wschody i zachody słońca, które zapierają dech w piersiach…